czwartek, 10 marca 2016

Przedszkole, powrót do przeszłości, basen i trochę o tacie.

Ostatnio nasze przedszkolaki wybrały się do biblioteki. Miały szansę wszystkiego podotykać, sprawdzić jak działa, wysłuchać bajki, zrobić samodzielnie zakładki do książek i zasiąść w "kinie". Wszystko to podszyte tematyką Światowego Dnia Kota. (zdjęcia ze strony biblioteki)
 






Wyjście było niespodzianką, dowiedziałam się o nim dopiero, kiedy przyszłam po Mi. Panie były zaskoczone, że bibliotekarki znają Małą Mi. Pewnie że znają! Gościmy u nich regularnie. Wyszło na to że Mi jedyna z dzieciaków chodzi do biblioteki.
 
27.02. Pojawiłyśmy się na zamknięciu ogólnopolskiej wystawy "Dziecko i jego świat", niektóre prace naprawdę zachwycały. Kto wie, może wkrótce zobaczymy w galerii prace Bubu? Ma chłopak talent, tylko chyba jeszcze nie zdaje sobie sprawy jak duży.


Tego samego dnia na barce goście wdziali pidżamki i cofnęłyśmy się do PRL-u w kontekście najstarszych dobranocek, przyznam że części z nich nie znałam, o innych tylko słyszałam, a niektóre przyjemnie było sobie przypomnieć z własnego dzieciństwa. Razem z nami do przeszłości powróciła prababcia Mi.


 

Po projekcji zasiedliśmy do poczęstunku i wspomnień. Wiek większości uczestników był babciowo-prababciowy więc dyskusja oparła się na różnicach międzypokoleniowych. Zaskoczyły mnie moje własne wnioski. Otóż wszystkie te Panie jednym głosem chwaliły dzieciństwo "tamtych czasów" i ganiły obecne, że wtedy książki, podwórko, guma, kapsle, a teraz tylko komputery i tablety, mówiły o tym, jak wychowywały swoje dzieci, a jak teraz wychowywane są ich wnuki. Cierpliwie wysłuchiwałam, czując jak wielkie jest to nieporozumienie. W ich rozumieniu już my 25-35 letni teraz należymy do tego "nowego" świata, nie mówiąc o naszych dzieciach, a w opowiadaniach z ich dzieciństwa nie znalazłam żadnych rozbieżności z moim własnym. Też spędzałam dni na dworze, grałam w kapsle, skakałam w gumę, albo klasy, czytałam i czytam książki, umiałam się bawić byle zardzewiałą łyżką czy patykiem, nasza piaskownica była sklepem, a pusty w środku krzak, domem, płaciliśmy kamykami i liśćmi, piliśmy oranżadę wszyscy z jednej butelki, organizowaliśmy sobie podchody i wracaliśmy do domu cali umorusani gdy robiło się ciemno, tata opowiadał mi bajki rzucając cienie rąk na ścianę i bawił się ze mną w przeplatanie sznurków na rękach. Mała Mi jeszcze nie do wszystkich z tych zabaw dorosła, ale widząc każdego ciepłego dnia tabuny dzieciaków na placach zabaw, nie zauważam, żeby ich zabawy albo one różniły się od nas. Jedno co się zmieniło, to zaufanie społeczne. Mieszkając w dużym mieście nie wyobrażam sobie puścić dziecka samego na dwór w wieku np. pięciu-sześciu lat, kiedy ja latałam z dzieciakami po całym osiedlu. Pomijając przepisy, bałabym się, ruchliwej ulicy, ludzi o złych zamiarach... a przy domu podwórka nie mamy. Jednak alternatywy nie doszukuję się w posadzeniu Mi przed telewizorem czy komputerem, to zdecydowanie wygodnictwo rodziców, a nie tendencja dzieci. Jeżeli nie dajesz dziecku innych opcji, nie proponujesz nic do wyboru, nie uogólniaj i nie psiocz na dzisiejsze pokolenie ;) Tyczy się to również babć, dziadków, cioć i wujków. Uczcie swoje pociechy zabaw, tych wartościowych i najciekawszych, niech nie zostaną zapomniane, a może obecnie najmłodsze pokolenie jeszcze Was zaskoczy!



Jeszcze trochę i dostanie tam etat



Mi fascynuje ten stojak i zawsze zwraca na niego uwagę


Mi po zdjęciu ciuchów wszystko składa w kosteczkę, nawet gatki i skarpetki- tego to na pewno nie ma po mnie :P

 
Wychowawczyni Małej Mi, podobnie jak ja, jest zakręcona ideami Marii Montessori, więc Słoneczka mają na co dzień w sali kącik z pomocami w jej duchu, a od czasu do czasu poświęcają dzień na zajęcia takie, jak w zeszłym tygodniu. Próbowanie, dotykanie, wąchanie...


 
...i np. robienie chleba :D
 

Rośnie mi kuchareczka, w domu sama przygotowuje co prostsze jedzonka (np. zupełnie sama robi twarożek, czy klopsy itp.), mi pozostaje zwykle już tylko kuchenka (smażenie/gotowanie/pieczenie) i ostry nóż, kiedy zwykłym nie da się czegoś pokroić.
 
Jednak nie gardzi i tym, co ja przygotuję, najlepsza rekomendacja dla mojego żurku:


W ostatnią niedzielę byłyśmy na wielkanocnych zajęciach u Pana Piotra. Mi zupełnie sama odrysowała i wycięła tego zająca.


Później była krową :) 


I znów wygrała trening prawa-lewa strona


Prosto z barki miałyśmy iść do cioci Madzi, jednak nieoczekiwanie po drodze mijałyśmy koniki (manifestacja KOD)


Ciocia pokazuje jak szyć- jak się uczyć to od najlepszych!


A to ciociowa stylizacja Małej Mi


Bajka z wujciem


Gramy w Rummikuba- Mi rozdaje klocki (a ile przy tym śmiechu!)

 
A to już wczorajsze zajęcia na basenie
 
 


 
 
Ostatnio kombinuję, co by tu jeszcze robić z włosami
 

Słówka, zdania i pytania:
 
rękamo- rękoma
"Męczy mi się."
"Kot jest mały prawie."
"Świetnie sobie poradziłam(?)"
jajeńko- jajko
Poproszę wąża- węża
spam-śpię
"Ty masz proste włosy, a ja zgięte."
"Gram na pianinu."
bedlun- sypialnia (bedroom)
jeszcze inniejszą- inną
Nastawione jest- ustalone, a właściwie zaplanowane
"Pochylam się do góry."
rozeptany/ rozepięty- rozpięty
te dziecka- dzieci
Mam wujki.- wujków
Odśladował mi- odcisnął się/zostawił ślad (kubek)
"Za którą godzinę przyjdzie wujek?"
"Dzień Kobietów"
"Zawsze będę z Tobą mieszkać."
 
Takie sytuacje...
 
Mamy mydło w płynie w świątecznej butelce, Mi myje ręce i mówi: "To mydło jest śniegowe, czuję że jest śniegowe."
 
Mówię "Katechizm polskiego dziecka" (Kto Ty jesteś- Polak mały...), Mi powtarza, przy słowach:
"Coś jej winien? - Oddać życie"  Mi podnosi bunt: - Nie, ja nie chcę oddać życia! (Moja! :) )
 
Model rodziny wg Mi:
Kiedy Mi widzi na obrazku trzy postacie np. rodzinkę króliczków, mówi zawsze że to mama, ja i kot albo mama dzidzia i kotek.
 
Mi: Chyba jesteś do poddania życia.
Ma: A co to znaczy?
Mi: Że się idzie do salonu i tam wtedy pracuje, pracuje i trzeba tam zostać i wtedy zmienimy się w domu i to tak jest, ale to trzeba z jakimś dzieckiem czyli ze mną chyba.
Cytat słowo w słowo, kto zrozumiał?

Zagrałam z Mi 3 razy w tą samą planszówkę, nie chciałam więcej, więc stwierdziła że teraz zagra sama. Za chwilę dorzuca "Tylko kto teraz będzie tracił kolejkę?" Fakt.
 
Byłam ostatnio świadkiem dwóch przykładów wbijającej mnie w ziemię postawy rodzicielskiej (nie będę komentować):
1. W przedszkolu;
Dzieci wynoszą swoje prace do szatni i nie zawsze włożą do szafki, a czasem praca z niej wypadnie i się mieszają. Mama do syna: "To na pewno Mii rysunek, ty byś tak ładnie nie umiał."
2. Po treningu;
Rodzice w trakcie treningów siedzą na trybunach i obserwują dzieci, chłopiec który nie jest NAJlepszy z grupy, chwali się tacie swoim sukcesem, bo zrobił progres, tata na to: " Pokonani, to pokonani, najważniejsi są zwycięzcy."
Życzę tym dzieciom dużo psychicznej siły.
 
Ma: Jesteś najlepsza
Mi: Tak, no tak jestem najlepsza ze wszystkich
Bo przecież jest :)
 
Mi: Mamo a wiesz jak się nazywa wiatr po angielsku?
Ma: Jaak?
Mi: Wiatrun.
 
Mi: Mama, ja coś takiego zrobię w domu, dobra?
Ma: A co chcesz zrobić?
Mi: Jeszcze nie wiem, ale Cię zapytam czy mogę.
Ma: Aha, ok.
 
Ubrałam się;
Mi: Wow, rewelacja te spodnie, też chcę takie mieć
:P
 
Mi opowiada swoje na razie mało skomplikowane sny, np. śni jej się że rozsypała wszystkie klocki i musiała wstać żeby je posprzątać :P
 
Czasem ma takie fazy, że o wszystkim informuje albo pyta (mogę to zjeść? idę siku itp.)
Mi: Mama, coś mam ostrego (zioła jej się wbiły) w buzi o tutaj, patrz.
Ma: A spróbuj paluszkiem wyjąć.
Mi: O, już.
Jak dzidzia.
Z drugiej strony, kiedy nie ma akurat takiej zajawki, to jest najbardziej samodzielna jak można.
 
Ostatnio sama poszła do ubikacji przed treningiem. Niby normalka, przecież w domu i przedszkolu też chodzi sama, ale po raz pierwszy wyprosiła mnie z toalety, a na wstyd jeszcze trochę za wcześnie.
 
Swoją drogą słyszałam od nauczycielki że w pierwszej klasie część dzieci i 6 i 7 letnich jest zupełnie niesamodzielna, że nie radzą sobie np. w toalecie i nie mogę sobie tego wyobrazić, żeby z 6-latkiem trzeba było latać, zdejmować mu gatki, podcierać pupę?!
 
Mi na zewnątrz jest przebojowa i zawsze ma swoje zdanie, umie się obronić i sama sobie poradzić, a w środku to wrażliwiec o dobrym serduszku. W podstawówce czytałam "Biały Bim Czarne Ucho" i bardzo mi się ta książka podobała. Nie pamiętając zakończenia, ostatnio odpaliłam nam film na jej podstawie. [UWAGA RAŻĄCY SPOILER!] Cała historia opowiada o wyjątkowym psie, który na koniec umiera. Małej Mi poleciały łezki dwa razy po filmie (za drugim sobie przypomniała), mimo że rozumie że to fikcja i że psu grającemu Bima nic się nie stało, sama umie to wytłumaczyć, ale trzeba przyznać że film jest emocjonujący (nie tylko na końcu). Mi oglądała w skupieniu całe trzy godziny. Polecamy, ale troszkę starszym widzom.
 
Trochę o "relacji" z tatą, jako że Mi coraz więcej zauważa i rozumie:
 
Tata obiecuje jej przez telefon, że pójdą w pn na pizzę (nie ma prawa do zabierania jej z domu, nie mówił mi nawet że zamierza przyjść, więc w oczywisty sposób ją okłamuje, zresztą ostatecznie się w ogóle nie zjawił), po skończonej rozmowie:
Mi: Mamusia, tatuś opowiada dziiiwne rzeczy. Przecież nie może tak sobie robić, co chce i nikogo nie pytać.
Trzylatka rozumie, a on nie.
 
Tata obiecuje, że zabierze Mi do Warszawy (obiecuje jej tak od ponad dwóch lat prawie zawsze kiedy się widzą, oczywiście nie może obietnicy wypełnić):
Mi (do mnie): Ale ja nie chcę żeby tata mnie nigdzie od Ciebie zabierał, chcę być zawsze tylko z tobą.
 
W święta chciał się popisać przed naszą rodzinką i obiecał (trzylatce ;) ) że ją zapisze do stadniny i będzie jeździć na koniach... (Nie, nie spytał mnie o zdanie nie mówiąc o zgodzie, a przecież hipotetycznie to ja musiałabym ją wozić, poza tym mógłby spłacić alimenty zamiast... ale to i tak nie ma chyba znaczenia bo przecież nie zamierza realizować żadnej ze swoich obietnic.)
 
Kiedy do nas przychodzi Mi zwraca mu uwagę, że w domu zdejmuje się buty i czapkę (tak, już teraz jest lepiej wychowana od niego), a on (deszcz, nie deszcz) to ignoruje.
 
Było jej przykro, kiedy kolejny rok wszyscy poza tatusiem pamiętali o jej imieninach.
 
W sprawie kontaktów cały czas funkcjonowaliśmy w oparciu o postanowienie sądu, czyli Mi widywała tatę przez trzy godziny raz na dwa tygodnie (jeśli się pojawił) u nas w domu, w obecności mojej i osoby trzeciej przeze mnie wyznaczonej, czyli jednego z moich przyjaciół. Przy czym my siedzimy z boku, nie uczestniczymy w ich spotkaniu, nie wtrącamy się tylko w coś sobie gramy, albo rozmawiamy. Spotkania gdy była mniejsza opierały się o dzikie zabawy (karuzele, samoloty itp.), bez próby budowania relacji, coś jak kumpel, ew. rzadko widywany wujek z zagranicy, ostatnio od dłuższego już czasu tata daje Mi tablet albo puzzle i każe układać, a sam przez trzy godziny ją nagrywa/ robi jej pozowane sesje zdjęciowe (a stań tak, a weź rączkę tak "Tatuś potrzebuje dużo takich zdjęć.") albo wychodzi do kuchni i gada z kimś przez telefon, razem nie robią nic. Widując ją tak rzadko, potrafi też w trakcie widzenia wyjść do Biedronki, jakby nie mógł tego zrobić kiedykolwiek indziej. Niedawno po apelacji sąd okręgowy uznał (słusznie zresztą), że należy rozszerzyć dochodzenie dowodowe w naszej sprawie i cofnęliśmy się o dwa lata czyli do czasu, zanim w ogóle został złożony wniosek o regulację kontaktów. Pod koniec marca kolejna rozprawa. Prawdopodobnie stanie na tym samym co poprzednio, nie widzę innej możliwości. Zresztą nawet jeśli miałyby to być rzadsze spotkania, patrząc na to jak one wyglądają, że nic nie wnoszą i że Mi pomiędzy nimi w ogóle nigdy nie pyta o tatę, to chyba nie byłoby dla niej wielką stratą, możemy wykorzystać ten czas na różne lepsze sposoby.

6 komentarzy:

  1. Haha, Ciebie Mi wyprasza z lazienki, a moja panna ma ostatnio faze na "Mama, musze kupe, ale chodz ze mna i mnie pilnuj". We wlasnym domu! :D

    Smutne to co piszesz o tacie Mi. Zawsze robi mi sie przykro, kiedy czytam o kolejnym facecie, ktory rozstajac sie z matka, rozstaje sie tez z wlasnym dzieckiem... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby zniknął to pół biedy, ale on daje jej nadzieję...

      Usuń
  2. Mamo Mi, bardzo Cię podziwiam, że dajesz sobie radę sama z córeczką. Ja mam córeczkę w dokładnie takim samym wieku jak Mi, a nie umiem się rozstać z ojcem córeczki, mimo że jest człowiekiem stosującym przemoc. Tak się boję samotnego macierzyństwa...I męczę się z tym człowiekiem w jednym mieszkaniu. Tak bym chciała radzić sobie tak dobrze jak Ty, a na razie moje macierzyństwo, mimo że mam piękną i udaną córkę, jest takie smutne...Pozdrawiam, Anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Samodzielne macierzyństwo nie jest złe. Też się go bałam, ale doszłam do 100% pewności, że rozstanie będzie najlepsze nie tylko dla mnie, ale i dla Małej Mi, dziecko nie może być świadkiem agresji. Dzieci są buforami emocji swoich mam, jeśli jesteś przygnębiona, bezradna, albo się boisz, córka niestety to wyczuwa. Mi ma trzy lata i już widzi że z tatą to jest tak nie do końca ok. Dzieci wiedzą. Zastanów się czy wolałabyś jako ona wychowywać się w pełnej rodzinie i domu pełnym przemocy, czy być tylko z mamą... decyzję każdy musi podjąć za siebie, ja mam ją już za sobą i nie żałowałam ani pół minuty.

      Usuń
  3. Kurczę, zachowanie taty Mi jest słabe po całości. Facet nie kuma, że dzieci nie wolno okłamywać? Macie taką mądrą córkę, że mógłby naprawdę produktywnie spędzać z Nią ten czas. Myślę, że to tylko kwestia czasu kiedy Mia nie będzie chciała tych widzeń.

    OdpowiedzUsuń

Miło mi, że tu zaglądasz i zostawiasz po sobie ślad. Wpadaj częściej :)